Witam wszystkich na moim blogu! Kuferek na strychu stanowi swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię - traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy.

Jak widać, nie zależy mi na ilości wyświetleń i tysiącach anonimowych fanów. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny. Piszę dla przyjemności, nie dla statystyk :) Jeśli znajdziecie tu bezczelną reklamę, będzie to oznaczać, że produkt polecam, bo sama go używam. Jeśli opiszę jakieś miejsce - byłam tam i podobało mi się. Jeśli wkleję jakiś obrazek czy tekst - mam taką ochotę ;)

niedziela, 29 maja 2011

Beyonce Heat EDP, Coty


Lubię różne zapachy - słodkie aż do ślinotoku, świeże, zimne, ciężkie i zmysłowe... Różne, w zależności od kaprysu i nastroju. Heat wypróbowałam z czystej ciekawości i jestem rozczarowana. Nosiłam ów zapach na sobie cały dzień i przyznam, że ciężko mi było go wytrzymać.

Jest słodki, ale nie tak jak lubię. Pachnie nachalnie, uczepia się nosa i mdli. Jeśli może być seksowny, to raczej "kociakowato". Nie kojarzy mi się wcale ze zmysłową i pewną siebie kobietą, ale z mocno wymalowaną panną z dyskoteki. Choć może i o to chodzi, wszak Beyonce wije się i kręci pośladkami w rytm najnowszych hitasów z klubu.

Szukałam ciężkiego i seksownego zapachu na imprezę lub zadziorną randkę. Z Heat na taką wyprawę nie pójdę, bo nie jest dla mnie ani seksowny, ani zadziorny. Wybiorę coś, co zwraca uwagę w odpowiadający mi sposób, a nie wierci w nosie owocową i słitaśną słodyczą.

Myślę, że w klubach z modną muzą zapach tej wody będzie unosił się w powietrzu i mieszał z innymi Amor Amorami czy entymi wersjami Escad. Z podobnymi do niego zapachami słodkimi w charakterystyczny ciężki sposób - taki, który rozpaczliwie próbuje nie zginąć w tłumie roztańczonych (spoconych) ciał. W takich miejscach odnajdzie się wyśmienicie. Ja po prostu wolę inne imprezy i co innego jest dla mnie seksowne ;)

Szczerze mówiąc, nie wiem czego się spodziewałam i na co liczyłam, sięgając po zapach celebrycki. Może zrobiłam to dlatego, że byłoby fajnie znaleźć coś dla siebie na bardzo przyjaznej dla portfela półce cenowej? Dziś, jako uświadomiona konsumentka łamane na eko-oszołom, unikam produktów marki Coty, więc i żal mniejszy.

* Fotka z sieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz