Witam wszystkich na moim blogu! Kot książkowy to swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię. Traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy. Jak widać, nie zależy mi na lajkach, wyświetleniach czy fanach. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny.

Jeśli znajdziecie tu opinie o produktach, będzie to oznaczać, że daną rzecz polecam, bo sama jej używam. Lub przeciwnie, nie sprawdziła się. Gdy pojawi się opis miejsca - byłam w nim i podobało mi się (lub nie). Na blogu będą też recenzje książek. Skąd pomysł? Bezskutecznie szukałam informacji o kilku książkach, które zamierzałam kupić, więc... stwierdziłam, że je kupię i sama napiszę recenzję. A co! A skoro na stary blog z recenzjami (filmów) nie mogę się dostać, bo zapomniałam hasła, będę wrzucać je tutaj. Ot i cała historyja.

poniedziałek, 23 maja 2011

DKNY Red Delicious EDT, Donna Karan


Jestem miłośniczką świeżych i cytrusowych zapachów, choć czasem mogę je zdradzić z czymś bardziej zmysłowym. Zależy od nastroju. Nigdy nie wiadomo co i kiedy mi się spodoba, jak to miało miejsce z Red Delicious.

Apetyczne i soczyste czerwone jabłuszko poznałam na studiach, kiedy koleżanka przyniosła mi je do sztachnięcia się. Powąchałam i... zachwyciłam się! Wyraźnie poczułam grapefruita, który uwielbiam - zarówno jeść, jak i nim pachnieć Niestety teraz, nie wiedzieć czemu, jakoś go nie wyczuwam. Czuję po prostu ładny, świeży i delikatny, aczkolwiek wyraźnie odczuwalny zapach.

Kiedy psikałam się nim zbyt intensywnie, zalatywał mi jakimiś mydlinami, taką dziwną sztucznością, z czasem nauczyłam się, że im go mniej, tym ładniej pachnie.

Alkohol używany rozsądnie nie szkodzi w żadnych ilościach ;)

Podobno zostawia za sobą jakiś tam ogonek, choć mnie akurat na tym nie zależy. Drażnią mnie panny, za którymi można trafić po zapachu, bo wylewają na siebie pół butelki, mając głęboko w poważaniu, że ptaki spadają z drzew, kiedy one idą ulicą. Kojarzy mi się to z totalnym brakiem klasy plus mam świadomość, że taka osóbka nie miała nigdy prawdziwych perfum. Wyobrażacie sobie wylać na siebie np. Chanel? Pół dzielnicy zwija się na podłodze w konwulsjach, a drugie pół w obłędzie próbuje pozbyć się nosa. Co za dużo, to i świnia nie zje.

Taka dygresja.

W każdym razie Red Delicious nosiło mi się dobrze, choć nie wydaje mi się, żebym miała go jeszcze kiedyś kupić. Nie tylko dlatego, że Donna Karan to "zły" koncern, choć jest to jeden z najważniejszych powodów omijania przeze mnie produktów tej marki. Po prostu, było, minęło.

* Fotka z sieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz