Witam wszystkich na moim blogu! Kuferek na strychu stanowi swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię - traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy.

Jak widać, nie zależy mi na ilości wyświetleń i tysiącach anonimowych fanów. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny. Piszę dla przyjemności, nie dla statystyk :) Jeśli znajdziecie tu bezczelną reklamę, będzie to oznaczać, że produkt polecam, bo sama go używam. Jeśli opiszę jakieś miejsce - byłam tam i podobało mi się. Jeśli wkleję jakiś obrazek czy tekst - mam taką ochotę ;)

sobota, 29 października 2011

Eclat EDT, Oriflame


Eclat... Nie wiem co jest z nimi nie tak. Używałam ich dawno temu, ale do dziś pamiętam to dziwne uczucie "oblepienia" zapachem - jakby mnie osaczył, otoczył, ograniczył i jeszcze coś na "o-".

Na początku zachwyt. Piękny, słodki, elegancki zapach. Miałam ochotę wylać na siebie całą butelkę, albo chociaż ją... wypić. Taki był śliczny, cudowny i słodki. Jednak z upływem czasu zaczął się do mnie kleić, miałam wrażenie, że zaraz cichaczem, wiotką żółtą smugą, wsączy mi się do nosa i zadusi, zabierze cały tlen i albo zacznę oddychać tą słodyczą albo zginę.

Nie wiem co to jest, jeśli to ma być słynne "otulanie", to ja bardzo dziękuję. Nie chcę.

Może z nim jest jak z kotem? Głaskany mruczy, wygina grzbietek, mruży oczka, ale kiedy pieszczot jest za dużo, kuli się, zaczyna bić ogonem i szukać drogi ucieczki. Zatem troszeczkę Eclat może zachwycać, na krótko i od święta, ale co dzień... Nie umiem sobie tego wyobrazić.

* Fotka z sieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz