Witam wszystkich na moim blogu! Kot książkowy to swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię. Traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy. Jak widać, nie zależy mi na lajkach, wyświetleniach czy fanach. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny.

Jeśli znajdziecie tu opinie o produktach, będzie to oznaczać, że daną rzecz polecam, bo sama jej używam. Lub przeciwnie, nie sprawdziła się. Gdy pojawi się opis miejsca - byłam w nim i podobało mi się (lub nie). Na blogu będą też recenzje książek. Skąd pomysł? Bezskutecznie szukałam informacji o kilku książkach, które zamierzałam kupić, więc... stwierdziłam, że je kupię i sama napiszę recenzję. A co! A skoro na stary blog z recenzjami (filmów) nie mogę się dostać, bo zapomniałam hasła, będę wrzucać je tutaj. Ot i cała historyja.

sobota, 7 stycznia 2012

Halloween EDT, Jesus del Pozo


Ile ja się o nim naczytałam! Od kilku lat śledziłam wątki, analizowałam recenzje, oczy mi się błyszczały do tej "tajemniczości" i "mroku". W końcu mała niepozorna buteleczka pojawiła się w miłej promocji w SF i ruszyłam z kopyta, żeby zakupić to cudo i przekonać się o potędze magii fioletu. Mało brakowało, a ręce by mi się trzęsły z wrażenia podczas otwierania pudełka zapachu-legendy.

I co? I nic. Mój nos napotkał... ładny i spokojny aromat. Żadnych zachwytów, orgazmów, omdleń i rozszerzonych źrenic. I tak się cieszę, że nie okazał się smrodkiem (brak trupów, cmentarza i metalicznego zapachu krwi, które przewijały się w recenzjach), nosi mi się go miło, ale spodziewałam się choć trochę kontrowersyjności.

Jest milutko. Lubię czuć go na sobie, przyjemnie przylega do ciała. Gdzieś w tle czuję coś słodkiego, bardziej cień słodkości (zamiast 'śladowych ilości orzeszków' mamy 'śladowe ilości banana'), a gdybym miała dobrać do zapachu jakąś scenę, widziałabym siebie, myjącą ręce w górskim strumieniu, przy którym rosną małe niebieskie kwiatki.

Niestety, nie robi wrażenia na otoczeniu. Nie usłyszałam jeszcze żadnego komplementu, ba! nawet żadnego: "O, nowe perfumy!" Jego wodnistość sprawia, że czasem odnoszę wrażenie, jakbym pachniała wyjątkowo ładnym płynem do płukania. Według mnie to JEST ładny zapach, ale zbyt spokojny, zbyt cichy - tak, jakby pachniał głównie dla siebie.

EDIT 2015: To jeden z tych zapachów, które upolowałam na fazie namiętnych poszukiwań idealnego fiołka. No i byłam go po prostu ciekawa, tak jak wszystkich ledżendarnych zapachów, które (nie lubię tego określenia) wypadałoby znać.

Nie kupię go więcej z kilku powodów:
- już go znam
- jest ładny, ale ładnych jest wiele
- z tego co wiem, należy do "ciemnej strony mocy", czyli marek testujących na zwierzętach. Samo to wystarczy, żebym już nie chciała po niego sięgnąć. Jeżeli się mylę, proszę o oświecenie.

* Fotka z sieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz