Witam wszystkich na moim blogu! Kot książkowy to swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię. Traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy. Jak widać, nie zależy mi na lajkach, wyświetleniach czy fanach. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny.

Jeśli znajdziecie tu opinie o produktach, będzie to oznaczać, że daną rzecz polecam, bo sama jej używam. Lub przeciwnie, nie sprawdziła się. Gdy pojawi się opis miejsca - byłam w nim i podobało mi się (lub nie). Na blogu będą też recenzje książek. Skąd pomysł? Bezskutecznie szukałam informacji o kilku książkach, które zamierzałam kupić, więc... stwierdziłam, że je kupię i sama napiszę recenzję. A co! A skoro na stary blog z recenzjami (filmów) nie mogę się dostać, bo zapomniałam hasła, będę wrzucać je tutaj. Ot i cała historyja.

środa, 23 maja 2012

Kenzo Amour EDP, Kenzo


 Zadziwia mnie to jak bardzo może zmieniać się gust. Albo nie, nie gust, tylko sezonowe zachcianki. Nigdy nie przepadałam za słodkościami i kuci kuci "zapaszkami", bo kojarzyły mi się z głupiutkimi niuniami z dyskoteki, a poza tym mdliło mnie od nich.

O ironio, pewnego pięknego zimowego dnia zapragnęłam pachnieć słodko. I to tak słodko jadalnie, tak, żeby ludzie przy mnie głodnieli i chciało im się odwiedzić najbliższą cukiernię. Nastał czas Amour.

Przyznam szczerze, że prześledziłam wcześniej opinie o nim, zaufałam licznym zapewnieniom o perfumach ryżowo-mleczno-słodko-kaszkowych, babeczkowych wręcz. Tak strasznie chciało mi się pachnieć jak babeczka z budyniem!

I Amour taki jest. Pachnie słodko, kobieco, zmysłowo, choć muszę napisać, że nie jest to dokładnie to, czego szukałam. Nie jest aż tak jadalny. Poza tym TEGO pazura w nim nie wyczuwam, ale jest miły dla nosa, słodki, ale nie słitaśny. Nie pachnie tandetnie i kiczowato, klasy mu nie odmówię. I wiele razy usłyszałam, że ładnie pachnę.

Używam póki mogę, bo kiedy nastaną upały, Amour zacznie dusić. Ale kto wie, może wrócę do niego na zimę - o ile nie odkryję czegoś bardziej jadalnego. Poza tym jest w tych perfumach jedna drażniąca nuta, która mnie odrzuca. Całe szczęście znika szybko i pojawia się głównie na początku, kiedy przesadzę z ilością, ale jest ohydna: chemiczna, metaliczna, sztuczna. Taki zgrzyt zapachowy.

Reasumując, ciekawy i słodki, kobiecy. Działa na mężczyzn. Wybija się spośród pospolitych słodkości, pachnie "wyższą półką" i dodaje pewności siebie. Polecam.

EDIT 2015:  W ramach eko-oszołomstwa (czyt. kupowania wyłącznie produktów marek, które nie testują na zwierzętach ani nie zlecają tego innym firmom) nie kupię więcej.

* Fotka z sieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz