Witam wszystkich na moim blogu! Kot książkowy to swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię. Traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy. Jak widać, nie zależy mi na lajkach, wyświetleniach czy fanach. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny.

Jeśli znajdziecie tu opinie o produktach, będzie to oznaczać, że daną rzecz polecam, bo sama jej używam. Lub przeciwnie, nie sprawdziła się. Gdy pojawi się opis miejsca - byłam w nim i podobało mi się (lub nie). Na blogu będą też recenzje książek. Skąd pomysł? Bezskutecznie szukałam informacji o kilku książkach, które zamierzałam kupić, więc... stwierdziłam, że je kupię i sama napiszę recenzję. A co! A skoro na stary blog z recenzjami (filmów) nie mogę się dostać, bo zapomniałam hasła, będę wrzucać je tutaj. Ot i cała historyja.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Habanita, Molinard


Nuty głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy, brzoskwinia, malina
Nuty serca: róża, korzeń irysa, heliotrop, bez, ylang-ylang, jaśmin
Nuty bazy: żywica bursztynowa, mech dębowy, skóra, piżmo, benzoes, cedr, wanilia.
(za Fragrantiką)
 
Sama nazwa Habanita brzmi egzotycznie, kubańsko, zadziornie, zmysłowo, a kiedy do tego poczytamy recenzje, jakie można znaleźć w sieci, w niejednej głowie powstanie wizja zapachu hipnotyzującego, uwodzącego, a wręcz zwodzącego (na manowce). Jakie historie snuły się ponad otwartymi flakonikami, jakie wizje kreowały się przy każdym kolejnym zaciągnięciu... Czego to ja sobie nie wyobrażałam podczas czytania tych opisów! Jak może pachnieć zapach tak stary (powstały w 1921 roku), kojarzący się z bohemą, zblazowaną młodą Kubanką, prostytuującą się w nadziei na wyrwanie z biedy, wreszcie z zadymionym pubem i czerwonoustą kobietą w męskim garniturze, palącą od niechcenia cygaro? Po lekturze opisów ochrzciłam Habanitę "trupkiem w kwiatkach" i czekałam na nią prawie że z lękiem.

Domyślałam się, że będzie to zapach niedzisiejszy, inny niż cukierkowe klony, którymi modnisie oblewają się przed wyjściem do klubu. Żadna Euphoria tudzież Amor Amor. Jakkolwiek można (chyba) przeżyć zlanie się ulepkiem przez nieznającą umiaru niunię, tak hojne potraktowanie Habanitą siebie i otoczenia mogłoby wywołać torsje. Nie wyobrażam sobie, żeby jakiejś kobiecie mogło przyjść do głowy użycie jej w nadmiarze. Kiedy mimo wszystko próbuję, widzę panikę na ulicach, płonące auta i tłum ludzi uciekający przed gigantycznym herbatnikiem przemierzającym ulice niczym Ciastek ze Shreka.

Właśnie. HaBAniTa z HerBATnikiem wspólne ma nie tylko kilka literek. Miała być wiedźma z mokradeł, miała być zepsuta Kubanka (zepsuta w sensie hedonistycznym), miało być cygaro. Tymczasem poczułam starego, nieco zbyt słodkiego herbatnika, który zawieruszył się gdzieś w samym tyle kuchennej szafki. Trochę się przykurzył, kapkę zawilgł - na tyle, że nie ruszyła go żadna mysz. Po drodze obok herbatnika przewinęła się parę razy szminka, zalatując ni to pudrem, ni to (zjełczałym) kremem. Na szczęście krótko, rzadko i szybko. Według mojego niewprawionego nosa, co to ruszowych banałów nie lubi, ale niszą też się nie para, bo jednak za mało na to kontrowersyjny, nie taka Habanita straszna jak ją malują.

Po kilku godzinach Ciastek zaczyna mi pachnieć bardzo przyjemnym herbatnikiem. "Z tyłu" zapachu czuję śladową nutkę korzenną, zaś "z przodu" coś, co przypomina apetyczną konfiturę. Malinową? Być może. Wygląda na to, że nie tyle okiełznałam, co zwyczajnie oswoiłam Habanitę, praktycznie bez walki. A sadziłam się do niej jak pies do jeża. Do tego usłyszałam od chłopa: "Jak tak pachnie spocona Kubanka, to ja chcę na Kubę". Bez komentarza.

Podsumowując, mnie Habanita nie opowiedziała żadnej historii. Śmiem twierdzić, że wyobraźni mi nie brak, ale nie miałam żadnych wizji podczas poznawania tego zapachu-legendy. Ot, bogata kompozycja z przeszłości, z którą nijak mi nie po drodze. Kompletnie do siebie nie pasujemy, ale możemy spędzić miło czas, wymierzony w kroplach wypełniających odlewkę. Nie pójdę z nią na imprezę, ale na babskie spotkanie przy kawie i ciastku w mroźny zimowy dzień - jak najbardziej.

Zdjęcie jak zwykle z sieci

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz