Witam wszystkich na moim blogu! Kot książkowy to swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię. Traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy. Jak widać, nie zależy mi na lajkach, wyświetleniach czy fanach. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny.

Jeśli znajdziecie tu opinie o produktach, będzie to oznaczać, że daną rzecz polecam, bo sama jej używam. Lub przeciwnie, nie sprawdziła się. Gdy pojawi się opis miejsca - byłam w nim i podobało mi się (lub nie). Na blogu będą też recenzje książek. Skąd pomysł? Bezskutecznie szukałam informacji o kilku książkach, które zamierzałam kupić, więc... stwierdziłam, że je kupię i sama napiszę recenzję. A co! A skoro na stary blog z recenzjami (filmów) nie mogę się dostać, bo zapomniałam hasła, będę wrzucać je tutaj. Ot i cała historyja.

niedziela, 22 marca 2015

Hydrolat z róży - bułgarski


Hydrolat z róży to moje ostatnie odkrycie i, nie przesadzając, miłość od pierwszego wejrzenia, a raczej użycia. Mogę się podpisać pod każdą reklamą tegoż - ja, Ken.G, powiadam, że warto go kupić. Nikt mi nie płaci za reklamę, co więcej, sama musiałam go zamówić i zrobić przelew, ale jest wart każdej wydanej złotówki. Naprawdę nie wiem dlaczego tak długo zwlekałam z przekonaniem się, czemu jest taki sławny. Teraz już wiem.

Nie lubię uogólnień typu "każdy" i "wszyscy", ale chyba mogę zaryzykować, że zapach róży zna każdy. Jeśli chodzi o mnie, mój nos stanowczo stwierdza, że czymię w ręku produkt, który pachnie nie kwiatem róży, a... konfiturą różaną. Taką do pączków. Rozanielam się za każdym razem, kiedy go czuję. Z tego, co czytałam, niektórym użytkowni(cz)kom przeszkadza jego intensywność. Czy ja wiem... Mnie przy nim ślinianki pracują tak, że łojesu!


Dopiero zaczynam zabawę z tego typu produktami, ale po zupełnie neutralnym w odczuciu hydrolacie z kwiatów pomarańczy gorzkiej (neroli) i drugim, z jagodliny (ylang ylang), następnie po wykręcającym nos hydrolacie szałwiowym wreszcie trafiłam na taki, który nie tylko nie śmierdzi, ale cudnie pachnie. I nie ściąga skóry - błyskawicznie nawilża, rozpromienia i wygładza. Mogłabym spokojnie nie nakładać niczego po potraktowaniu się nim, w odróżnieniu od wcześniej używanych hydrolatów, po których musiałam cisnąć ku lodówce, żeby sięgnąć po jakiś olej.

Podsumowując, hydrolat z róży jest prze-bos-ki! Kupiłam go za niecałe 12 zł (200 ml) i już wiem, że będę kupować jeszcze wielokrotnie. Żadnych koncernowych toników - tylko on.

*Fotki z sieci

2 komentarze:

  1. Znając siebie, na wąchaniu by się nie skończyło, bo apetyczne zapachy zawsze sprawiają, że chce mi się jeść;):) Kiedyś kupiłam sobie czekoladowy płyn do kąpieli. Fajny był, tyle, że po wyjściu z wanny KONIECZNIE musiałam zjeść choć kawałeczek czekolady:):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest coś w tym :)))

      Ja muszę teraz co jakiś czas dreptać do lodówki i wąchać ten hydrolat. Mogłabym też wybrać się do sklepu po pączka, ale mi się nie chce ;)))

      Usuń