Witam wszystkich na moim blogu! Kot książkowy to swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię. Traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy. Jak widać, nie zależy mi na lajkach, wyświetleniach czy fanach. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny.

Jeśli znajdziecie tu opinie o produktach, będzie to oznaczać, że daną rzecz polecam, bo sama jej używam. Lub przeciwnie, nie sprawdziła się. Gdy pojawi się opis miejsca - byłam w nim i podobało mi się (lub nie). Na blogu będą też recenzje książek. Skąd pomysł? Bezskutecznie szukałam informacji o kilku książkach, które zamierzałam kupić, więc... stwierdziłam, że je kupię i sama napiszę recenzję. A co! A skoro na stary blog z recenzjami (filmów) nie mogę się dostać, bo zapomniałam hasła, będę wrzucać je tutaj. Ot i cała historyja.

Ja i EKO - jak to się zaczęło

Nie od dziś wiadomo, że nie zbawi się świata, próbując mu przetłumaczyć coś wbrew jego woli. Mądry, choć nieuświadomiony, wysłucha i przemyśli, a głupi po prostu wyśmieje, bo nowe oznacza dla niego dziwne. Dlatego ja nie mam zamiaru nikogo uświadamiać na siłę. Zwłaszcza ludzi, dla których ekologia to fanaberie tych, co mają za dużo czasu na myślenie ("i pewnie roboty ni majo!").


W okolicach 2004-2005 roku (kto by to pamiętał po takim czasie) postanowiłam więcej robić niż mówić i porzuciłam mięso. Nie było łatwo utwierdzić otoczenie, że to nie kaprys, durna moda (?) i że ogólnie nie poprzewracało mi się w d..ie. Były wzloty i upadki, był też kompletny brak przygotowania do rozsądnej diety prowadzonej z głową. W kwestii wiedzy o wegetarianizmie niewiele różniło mnie od ludzi pytających z kpiącą miną: "To co ty jesz, skoro nie jesz mięsa?" Bo wiecie, wege żywi się tym samym co "normalni ludzie", tylko unika mięsa (czyli z tradycyjnego polskiego posiłku pt. schabowy, zimnioki i kapusta znika mu schabowy). Jest blady i chudy, wycieńczony słania się z głodu na nogach. I choruje co chwilę - jak nie na anemię, to na gruźlice, szkorbuty i inne choroby biednych poetów. Dziś na takie teksty mam jedną odpowiedź: Patrik Baboumian.

Po porzuceniu mięsa, skórzanych butów itp. przyszła pora na kolejne zmiany. Wstyd przyznać, ale przez długie lata nie przyszło mi do głowy, że zwierzęta cierpią nie tylko w drodze na talerz. Przecież testuje się na nich rozmaite produkty! I bynajmniej nie wygląda to tak, że szminkuje się chomiczki czy myje kotki delikatnym szamponem, żeby sprawdzić czy sierść będzie im się błyszczeć. Znaczek "Non tested on animals" z sympatycznym króliczkiem nic nie znaczy, bo może go mieć każdy kosmetyk. Wszak gotowych produktów testować nie wolno, nikt nie mówił nic o składnikach, testach podwykonawców czy handlu np. w Chinach, gdzie testują aż furczy. W końcu to tylko głupie zwierzę - można go "wyeksploatować" jak nie w garze, to w laboratorium.

Wciąż się uczę wybierać świadomie. Wciąż szukam kosmetyków idealnych, znajduję kolejne zamienniki lorealuf, niwełuf i innych koncernowych produktów typu "jesteś tego warta". Jestem warta tego co najlepsze - nie chemii ze składem dłuższym niż rolka papieru toaletowego, wychwalanej w reklamie, w której występuje aktor przebrany za lekarza i wyfotoszopowana modelka. Chcę kupować wyłącznie rzeczy dobrej jakości, nietestowane na zwierzętach. Jest ich cała masa, wystarczy tylko odrobina chęci do poszukania.

Fotka z sieci

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz