Witam wszystkich na moim blogu! Kuferek na strychu stanowi swego rodzaju pierwsze drzwi, w które może zapukać osoba szukająca mnie w sieci. Drugie prowadzą do bloga prywatnego, zarezerwowanego dla osób, które znam i lubię - traktuję go bowiem jak dom, do którego nie zaprasza się pierwszego lepszego człowieka z ulicy.

Jak widać, nie zależy mi na ilości wyświetleń i tysiącach anonimowych fanów. Gdyby tak było, otworzyłabym blog główny. Piszę dla przyjemności, nie dla statystyk :) Jeśli znajdziecie tu bezczelną reklamę, będzie to oznaczać, że produkt polecam, bo sama go używam. Jeśli opiszę jakieś miejsce - byłam tam i podobało mi się. Jeśli wkleję jakiś obrazek czy tekst - mam taką ochotę ;)

Oleje, masła itepe, czyli o tym, co było i (nie) jest...

Nie wszystkie oleje, których używałam, zrobiły na mnie wrażenie na tyle, żeby poświęcać im całą notkę. Postaram się przetestować ich jak najwięcej, aż w końcu natrafię na niekwestionowanego króla, ideał i cud nad cudami. A w międzyczasie o tych "dobrych, lecz są lepsze", "średniakach" bądź nietrafionych zakupach naskrobię słów kilka, zamieszczając je na poniższej liście.



  • Organiczny olej makadamia - jak w tym skeczu "Niiic cie-ka-weee-go!" Taki niby słynny i działający cuda, a totalnie mnie nie zachwycił. Używam go tylko po to, żeby wreszcie skończyć i wyrzucić opakowanie. Pachnie intensywnie prażonymi orzeszkami, długo się wchłania i zapycha, przez co nie stosuję go na twarz i przestałam stosować na plecy i dekolt. Smaruję nogi po wyjściu spod prysznica. Zużyć, zapomnieć.
  • Organiczny olej z pestek moreli - fajniutki, leciutki, jaśniutki, ogółem przyjemniutki. Szybko się wchłania, ale nie pamiętam nawet jak pachniał... Na pewno nie szkodzi, więc można kupić - choćby z ciekawości. Może kogoś zachwyci.
  • Organiczny olej kokosowy - twardy i uparty, wymagający cierpliwości (czekamy, aż się rozpuści). Wygładza włosy i ponoć wzmacnia loki, ale tego nie udało mi się odnotować. Ładnie pachnie, o ile ktoś lubi kokos - albo raczej kokosanki. Może kiedyś jeszcze kupię.
  • Organiczny olej ze słodkich migdałów - jeden z lepszych, jakie stosowałam. Biorę pod uwagę ponowny zakup. Pachnie umiarkowanie miło, na pewno nie słodko i raczej nie migdałowo. Przynajmniej mój nos tako rzecze. Dość długo się wchłania, a kiedy brakuje mi cierpliwości (bądź się spieszę) i usuwam jego nadmiar chusteczką higieniczną, pozostawia na niej żółtawy ślad. Ale dobrze nawilża i nigdy nie zrobił mi krzywdy typu wysyp czy zapych.
  • Organiczny olej awokado - ma ciemnawy kolor, pachnie gorzko, średnio przyjemnie, ale da się znieść. Podobnie jak olej ze słodkich migdałów pozostawia na skórze lekką powłokę, z tym że zielonkawą. Nie ma to jak podkład à la nieświeży trupek ;) Też trzeba trochę poczekać, aż się wchłonie. Nie mam do niego zastrzeżeń - nie zaszkodził, nie zachwycił, ot, miałam i zużyłam.
  • Naturalny olej z kiełków pszenicy - o dziwo, pachnie tym co sugeruje nazwa. Choć może nie do końca - mnie pachnie nie tyle kiełkami, co młodymi pędami ziemniaka. Tak właśnie, capi ziemniakiem. Ma żółtawy kolor, jest dość rzadki i szybko się wchłania. Poza intensywnym (i nieprzyjemnym dla mnie) zapachem nie utkwił mi w pamięci. Ot, miałam, zużyłam.
  • Naturalny olej z lnianki siewnej - pachnie... hm... czym mi to pachnie... W sumie to podobnie do poprzednika, czyli oleju z kiełków pszenicy. Równie rzadki, jaśniutki i też szybko się wchłania. Oba znikną w mojej pamięci, kiedy tylko je skończę. Nie, żeby były kiepskie, po prostu są lepsze, dlatego do tych akurat nie wrócę.
  • Naturalny olej arganowy ze Skarbów Maroka - nie! Capi okrutnie i dzięki niemu przekonałam się, że jednak moje zamiłowanie do kosmetyków naturalnych ma swoje granice. Gwoli ścisłości (a raczej sprawiedliwości, żeby nie było), wzięłam go ze sobą na wakacje do Grecji, smarowaliśmy się nim po kąpieli i cudnie koił opaloną skórę, a do tego okazał się bardzo wydajny, bo nie zużyłam nawet połowy małego opakowania (30ml). Jednak zapach jest paskudny, przypomina mi wrednego oscypka, kozi ser albo kilkudniowe skarpetki. To taki kosmetyk anty-gwałtek, odstręczający od całowania.
  • Naturalny olej z nasion malin - jeden z droższych, ale i jeden z lepszych. Miałam po nim bardzo miłą w dotyku, jedwabistą skórę. Szybko się wchłaniał i nie zostawiał żadnego nalotu. Kolor ciemniejszy, a zapach niestety nie malinowy (nic szczególnego, nie kusi, nie przeszkadza). Biorę pod uwagę ponowny zakup w przyszłości, na lato, bo, cytuję za stroną Zrób Sobie Krem, posiada właściwości absorbowania promieniowania UV. Nie kupiłam wcześniej dlatego, bo nie zdetronizował ukochanego oleju ze słonecznika ani działaniem, ani zapachem, ani ceną :)
  • Organiczne masło kakaowe - krótko: nie. Może i pomaga zniszczonym, suchym włosom, może i pachnie jak prawdziwe kakao, może i niesamowicie nawilża (nawet bardziej niż shea), ale nie mam do niego cierpliwości. Szkoda mi czasu na czekanie, aż się łaskawie rozpuści, na krojenie/łamanie na nim noża. Shea w zupełności mi wystarczy - a i ono, jak wiadomo, wymaga chwili na zmianę konsystencji.

  • * Fotki z sieci

    Brak komentarzy:

    Prześlij komentarz